Wczoraj zajrzałam do naszej obrzydliwej i dusznej kawiarenki… Ciekawa byłam, czy bractwo się zbiegło na kolejnej pożegnalnej imprezie. Zaglądam, i cóż ja widzę! Wszyscy, i ci niewinni i nobliwi, i stali bywalcy, tankują i skaczą na zmianę, spoceni, czerwoni i z obłędem w oczach. W ciasnocie, jak w metrze w godzinach szczytu. Pan od muzy udaje, że śpiewa. Bozia dała mu wiele dobrych chęci, a za grosz talentu, tym niemniej bractwo było zachwycone. Nie ma brzydkiej muzyki, tylko wódy może być za mało, jak mawiają starożytni. Jak już się rakiem wycofywałam z tej kawiarenki lekuchno zawiedziona, poczułam wielkie chłopskie łapsko na mojej kibici i usłyszałam: idź na górę, zostaw plecak i wracaj tu, zabalujemy, jeszcze było na koniec dyplomatyczne: chcesz? Co było robić, poszłam na górę, zostawiłam plecak, zmieniłam butki na tenisówki, bluzkę na tę koronkową co ją w ciuchlandzie nabyłam tydzień temu… bestia jest bardzo zalotna i idealna na takie sanatoryjne pląsy… i poszłam…. i się zaczęło.. Byłam już nasączona lekko, bo to zdrowo tak się wieczorkiem po kolacji nasączyć tym wstrętnym alkoholem od czasu do czasu w pobliskim milusim barku. Więc byłam lekko nasączona i ten męski mnie zwyobracał we wszystkie strony na parkiecie. Na stole czekało na mnie duże jasne i wódeczka, ta z tabasco piekącym jak sto diabłów. To był wściekły pies, wściekły, ale dobry nieoczekiwanie. Właśnie wyskoczyłam parę miesięcy temu z paskudnego uczulenia na paprykę, spożywam teraz wszystkie papryki świata z wielkim smakiem i nadrabiam kilkunastoletnie papryczane zaległości. Zadowolona popłynęłam….. i straciłam głos na chwilę. Ale to był już koniec imprezy i dałam radę nawet prysznic uskutecznić.
Tańcowałam, wygłupiałam się i brykałam jak pomylona. Uwsteczniłam się niemożebnie, jak zwykle zresztą, kiedy dopadnie mnie cokolwiek co odrobinę przypomina muzykę. Tyle, że potem musiałam tłumaczyć mu po imprezie, że nie lubię uprawiać seksu po pijaku.. że życie jest zbyt krótkie i piękne, żeby się pocić z kimś, kogo się dosyć słabo zna.. i mieć potem jeśli nie moralniaka, to przynajmniej dziwne poczucie, gdzie ja się obudziłam i co robi ten chrapiący pan koło mnie?… I tym optymistycznym akcentem zakończyłam wieczór.. Mam takiego mikrusiego kacyka, trochę gorzej wyglądam, idę na trawę powylegać na słonku. Niedziela zapowiada się pięknie. nie jestem w stanie zajmować się ostatnio poważnymi zagadnieniami, początek demencji?
Matko kochana, kiedy ja już u Ciebie byłam! Zajęta jestem ostatnio malowaniem małego pokoju tzn. ja, podaj wiaderko, zabierz wiaderko, podaj pędzel, podaj ręcznik bo pot oczy zalewa..i te inne obowiązki o których wiesz

<–żatrowałam 
:D
Poza tym jestem okropnie leniwa względem pisania i nie odpowiem Ci na pytanie..-gdzie są takie piękne miejsca(po ostatnim moim komentarzu pytałaś)
Ostani Twój post ujęłaś w cudnym języku, uwielbiam ten luzzz…mocio buziam ***…wracaj już z tych ‘wypoczynków-zdrowotno-odprężających’, bo migreny napowrót zaczną trapić Twój umysł
Ps. Napiszę na @, gdy zwyciężę swoje (ostatnio notoryczne!) lenistwo…kocham się lenić !!!!
Aha, odnośnie Twojej blogowej twórczości z dnia 2.VIII.br.
czyż nie piękne są polne kwiaty ? ten pod bławatkiem – bialutki , to polna marchew (znam go pod tą nazwą)…pachne mdląco, ale urok pojedynczego kwiatuszka jest niesamowity, takiej cudnej urody, delikatności i kształty, chciałoby się widzieć w większych rozmiarach:), szkoda psia mać, że co najpiękniejsze to musi być malutkie…a takie maniunie czerwoniutkie z grubym żółtym słupkiem widziałaś ? nie wiem jak się ‘to to’ nazywa
A ten wiersz z 6.VIII. bardzo mi się podoba…taka mała chwila zadumy i błysk anielskiego flesza prosto w oko …buziam Cię za uchwycenie takiej małej chwili radości i podzielenie się nią z nami czytelnikami **
…haloooo, dzisiaj już 11, a Ciebie, ani widu, ani słychu…zapewne męczysz stopy w polnych trawach i odłogach, zazdroszczę tego kontaktu z prawdziwą przyrodą i naturalnym środowiskiem, jak dobrze, że jeszcze Polacy nie gęsi i swój….rozum mają !!!
Dla takich krajobrazów w naszym państwie, nawet wybaczam rządzącym ich nieudolność…przyroda to istnienie…a chemia, rzadko daje szczęście (możnaby o tym długo i szeroko, ale po co ?
11 – go zwiedzałam Krakow City In The Rain, krótko mówiąc buciska mi przemokły, wszystko mi przemokło ale Kraków jest pięknisty nawet w deszczu